Dzieje obrazu sulisławickiego należy rozpocząć od momentu jego powstania. Wszak jak każde dzieło sztuki i ten wizerunek musiał mieć autora. Długo utrzymywała się informacja, że opisywany obraz Chrystusa to ikona z kręgu rusko-bozantyjskiego, jako że przywieziony został do Polski na początku XVII w. Wnikliwe badania wskazywały jednak, że to wytwór małopolskiego warsztatu średniowiecznego malarstwa cechowego, być może franciszkańsko-sądeckiego. Podczas gruntownej konserwacji w latach 1990-91 przed ceremonią powtórnej koronacji, konserwator krakowski Małgorzata Szuster-Gawłowska, ostatecznie stwierdziła, że ten słynny wizerunek jest wieczkiem bursy podróżnej (drewnianej skrzyneczki na naczynia liturgiczne), której używał kapelan podczas mszy polowych, wizyt u chorych i rannych na polach bitewnych. Początkowo więc wieczko albo inaczej pisząc deska pokryta masą kredową i ozdobiona z wierzchu i od spodu dwoma obrazami wraz ze skrzyneczką stanowiły całość. Rewers wypełniony był przez wizerunek twarzy Chrystusa znany z chusty św. Weroniki. Na awersie, czyli wierzchniej stronie artysta namalował znany w średniowieczu najpierw w sztuce bizantyjskiej (a więc te wcześniejsze skojarzenia z ikoną nie były bezpodstawne) a później w sztuce zachodniej wizerunek Męża Boleści. Temat ten popularny w kręgu wschodniego chrześcijaństwa został zapożyczony przez katolickie malarstwo w XII wieku i stał się popularny w całej Europie, również i w Polsce. W tym przedstawieniu poraniony, cierpiący i umęczony Jezus Chrystus stoi w grobie typu skrzyni sarkofagowej. Niektórzy dopatrują się tu mistycznej tłoczni winogron. Z biegiem czasu malarze rozwinęli tę kompozycję dodając nowe postacie, które towarzyszą synowi Bożemu. Najczęściej przy Mężu Boleści stoi jego matka. Tadeusz Dobrzaniecki, badający ten problem w rozprawie,,Niektóre zagadnienia ikonografii Męża Boleści" (Rocznik Muzeum Narodowego w Warszawie XV, 1-1971 r.) tak interpretuje średniowieczne obrazy o tej tematyce:,,Obrazy ze Zblitowskiej Góry, Iwanowic, Sulisławic i Biecza w jednakowy sposób przedstawiają Chrystusa jako Orędownika, ukazującego rany wzniesionych dłoni a jednocześnie i Zbawiciela stojącego frontalnie w sarkofagu. Maria obejmuje Chrystusa kładąc lewą dłoń na Jego ramieniu, a więc w sposób znany już z wcześniejszych obrazów norymberskich, ale tylko na obrazie z Sulisławic dotyka prawą dłonią rany w boku".

Jak już wcześniej napisałem wieczko bursy - ale już jako samodzielny obrazek - zostało przywiezione do Polski z Rosji w XVII w. Co się z nim działo przez prawie dwa stulecia - od momentu opuszczenia warsztatu. Zapewne najpierw zgodnie z funkcją pierwotną służyło kapelanowi przytwierdzone do pudełka. Później, zapewne (po oderwaniu się od bursy) dostało się - może podczas jakiejś wyprawy wojennej - na wschód. Powróciło w 1610 r. z branką moskiewską Dorotą Orgufiną, córką popa, którą wziął do niewoli Wespazjan Rusiecki, szlachcic z położonego opodal Sulisławic Suliszowa. Młoda ta kobieta, wychowana w tradycji kościoła wschodniego, w przymusową podróż do obcego, wrogiego sobie kraju, zabrała obrazek, w mniemaniu jej rodziny ikonę, która w jej domu, a może cerkwi, uchodziła za niezwykłą. Miała ją ochronić przed złem. Zapewne rodzic dał jej na drogę nie zwykłą ikonę, ale wizerunek już obdarzający łaskami. Wespazjan Rusiecki Dorotę wydał za mąż za kościelnego sulisławskiego kościoła Macieja Pracla. Choć po pewnym czasie branka zadomowiła się w nowej ojczyźnie, potajemnie przed resztą rodziny, oddawała cześć obrazowi,,na sposób wschodni". Poza tym Praclowa rozpowszechniała w kręgu najbliższych sąsiadów informację, że ikona ocaliła ją przed śmiercią głodową w czasie podróży z Moskwy. Jednak dzieci Pracla - z pierwszego małżeństwa - podśmiewali się z macochy i nie dawali należytego uszanowania obrazowi. Dlatego też Dorota przekazała wizerunek do kościoła w Sulisławicach. Proboszcz Gryziewicz umieścił go na ołtarzu, u stóp starej figury Bogurodzicy, którą od dawna uważano za łaskami słynącą. Początkowo więc łączono doznane łaski z tymi dwoma dziełami sztuki, ale stopniowo nowy obraz przejmował niejako funkcję cudowności. Sława jego coraz szerzej rozchodziła się po ziemi sandomierskiej. W 1655 r. bez zgody władz kościelnych wikariusz sulisławski ks. Lenczowski podczas odpustu ogłosił obraz cudownym i umieścił go w głównym ołtarzu. Zaczął się w ten sposób, trwający do dziś wielki kult Matki Boskiej Bolesnej. Kolejne łaski, cuda doznawane za pośrednictwem modlitw do Matki Jezusa wzmacniały sławę i siłę obrazu. Skłoniło to władze kościelne do zajęcia się sprawą. Do Sulisławic w 1658 r. zjechała specjalna komisja wysłana przez biskupa krakowskiego Andrzeja Trzebickiego, która przesłuchała 40 świadków cudów - łask, uzdrowień, niezwykłej boskiej pomocy podczas najazdu Szwedów. Mając tak dużo dowodów bp Trzebicki wydał rok później dekret potwierdzający kult Matki Boskiej w sulisławskim obrazie. To oficjalne uznanie dodatkowo wzmocniło sławę tego miejsca, do którego ściągało mnóstwo pielgrzymów, a Sulisławice stały się w staropolskich czasach czołowym Sanktuarium Maryjnym w tej części Polski, a bezsprzecznie pierwszym w ziemi sandomierskiej. Od XVII w. obraz pokryty został sukienkami metalowymi. Okolice pięknych, zdobnych ram pokryły się gęsto wotami.

Można w tym miejscu próbować odpowiedzieć na pytanie: dlaczego obraz, który w intencjach autora bądź zamawiającego, na pierwszy plan wysunął cierpiącego Jezusa Chrystusa (Męża Boleści) stał się kultowym wizerunkiem w Sanktuarium Maryjnym - Matki Bolesnej bądź Sulisławskiej. Zapewne przyczyniły się tu wcześniejsze przejawy czci oddawanej rzeźbie Bogurodzicy a także chyba to, że kult obrazów z Matką Bosą ma w Polsce szczególny wymiar.

Sława,,Sandomierskiej Częstochowy" doprowadziła wreszcie do koronacji, która odbyła się latem 1913 r. Była to zapewne największa uroczystość religijna w dziejach tej ziemi. Bilans był imponujący. Od 15 sierpnia do 15 września uczestniczyło w niej przeszło pół miliona wiernych. Podczas samej koronacji 8 września w Sulisławicach było ponad 200 tysięcy wiernych. Korony zaprojektował znany artysta Karol Frycz (który również był autorem scenografii uroczystości koronacyjnej) a wykonała je ze szczerego złota warszawska firma złotnicza Bitschana. Niestety te cenne atrybuty cudowności obrazu zostały zrabowane w nocy z 14 na 15 kwietnia 1940 r. podczas kradzieży obrazu, który na szczęście rabusie porzucili na miejscu przestępstwa. W 1951 r. obsługę duszpasterską w sulisławickim sanktuarium przejmują i do dzisiaj sprawują księża Zmartwychwstańcy. 7 lipca 1991 r. następuje powtórna koronacja obrazu. Korony zaprojektowane przez Janusza Gawłowskiego poświęcił w czerwcu podczas wizyty w Radomiu papież Jan Paweł II. Aktu koronacji dokonał nuncjusz apostolski w Polsce arcybiskup Edward Kowalczyk. Jednak w następnym roku obraz jest znowu zagrożony. W nocy z 27 na 28 października 1992 roku nieznani sprawcy (a może tylko jeden) skradli z kościoła w Sulisławicach ten cudowny obraz. Przestępcy podeszli bądź podjechali pod kościół od strony cmentarza. Do wnętrza neogotyckiej świątyni dostali się przez witraż umieszczony w ścianie zewnętrznej zakrystii. Prawdopodobnie zbili szybę, a następnie łomem wyłamali żelazną kratę witrażowego okna. Przez niezbyt duży otwór złodzieje wślizgnęli się do zakrystii, a następnie po sforsowaniu solidnego zamka drzwi, dostali się do prezbiterium. W nim to mieści się neogotycki, a więc stosunkowo wysoki ołtarz kamienny, będący oprawą architektoniczną tego wyjątkowego obrazu. Na co dzień jest on ukryty pod metalową zasuwą. Tylko w czasie ważnych uroczystości jest odsłaniany. Dokonuje się tego za pomocą mechanizmu schowanego w ścianie. Po otwarciu metalowych drzwiczek złodzieje, nie mogąc uruchomić urządzenia uszkodzili go i wtedy linki poruszające zasuwę poluzowały się i ta opadła. Droga do obrazu był wolna. Przestępcy przystawili pionowo trzymetrowej długości ławę, po której wspięli się do wnęki umieszczonej na wysokości 6 metrów. Następnie zdjęli niewielkich rozmiarów obraz wraz z nowymi koronami i cenniejszymi wotami. Wyszli z kościoła ta samą drogą i zniknęli bez śladu.

Wczesnym rankiem do świątyni, jak co dzień przyszedł ksiądz proboszcz Leonard Bandosz, żeby odmówić modlitwę. We wnętrzu panował jeszcze mrok. Zauważył jednak, że drzwi prowadzące z prezbiterium do zakrystii są uchylone, a przecież zawsze na noc były zamykane. Zaintrygowany wszedł do prezbiterium i po zapaleniu światła zauważył uszkodzony zamek i równocześnie odczuł na twarzy chłodny strumień powietrza. Po chwili dostrzegł rozbite okno i w tym momencie naszła go myśl: co z cudownym obrazem. Pobiegł z powrotem do prezbiterium i tu z przerażeniem stwierdził, że wnęka jest pusta. Cudowny wizerunek zniknął. Udał się więc szybko na plebanię iż zawiadomił telefonicznie władze kościelne oraz policję. Trwało to kilkanaście minut - jako że z Sulisławic trudno jest się gdziekolwiek dodzwonić. Po kilku godzinach przybyła ekipa śledcza z Sandomierza i zaczęła przeprowadzać rutynowe czynności.

Niestety zakrojone na szeroką skalę poszukiwania nie dały rezultatu. Prokuratura i policja były bezradne. Większość sądziła, że dzieło to zostało wywiezione za granicę. W odnalezienie obrazu zwątpiły też władze kościelne. Dlatego też postanowiły, że do ołtarza z Sulisławic powinna przyjść kopia. Tak też się stało i 7 października 1993 r. nastąpiła kolejna koronacja - tym razem kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Bolesnej. Upłynęło kilkanaście miesięcy od kradzieży i w najmniej oczekiwanym miejscu - niemal w centrum Warszawy - blisko Dworca Centralnego - w marcu 1994 r. znalazł się oryginalny obraz. Według relacji ks. Stefana Kośnika proboszcza parafii św. Barbary na Koszykach kilka miesięcy temu do księdza podszedł nieznajomy mężczyzna i wręczył mu płaskie zawiniątko. Powiedział przy tym, że jest w tym opakowaniu stary obraz, który chce przekazać do kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła parafii św. Barbary na Koszykach. Po czym się oddalił. Ksiądz wraz z proboszczem po obejrzeniu niewielkich rozmiarów obrazu doszli do wniosku, że jest to chyba poszukiwany intensywnie wizerunek Matki Boskiej Sulisławskiej. Zgłosili ten fakt swoim władzom kościelnym i policji. Obraz po rutynowych badaniach i ekspertyzach konserwatorskich został przekazany do Sandomierza, stolicy diecezji sandomierskiej, do której należą Sulisławice.

Natomiast 7-8 września 1994 r. podczas dorocznego głównego odpustu w Sulisławicach nastąpił triumfalny powrót obrazu do ołtarza głównego kościoła. Nastąpiła uroczysta reintronizacja tego niezwykłego wizerunku. Trzeci już raz nałożone zostały Matce Boskiej i jej synowi korony przez biskupa sandomierskiego Wacława Świerzawskiego.

Sulisławice położone są przy trasie Warszawa-Rzeszów (między Klimontowem a Łoniowem)